Monthly Archives Grudzień 2015

Wzór formalny, będący ramą funkcji życia zbiorowego

Bez względu więc na to, jakie było pochodzenie etniczne nawracanych zachodnich czy wschodnich barbarzyńców, bez względu na to, jak wyglądała władza ich królów, książąt czy kaganów i z jakiej zasady wysnuwała swojeprawo do rządzenia, podstawą ustroju tychże barbarzyńców stały się grupy lokalne o zasadniczo jednakiej strukturze gospodarczo-społecznej, grupy złożone z uprawiających ziemię osadników pod władzą żyjącego z ich pracy i rządzącego nimi pana. Nie inaczej było w państwie rzymskim. A że formą funkcjonowania społeczeństwa późnorzymskiego w dziedzinie prawnej, administracyjnej, politycznej, w ogóle duchowej, a nie wyłącznie religijnej, było chrześcijaństwo: że pan zwierzchni wszystkich panów pomniejszych – cesarz – był głową widomą Kościoła i przez Boga ustanowionym jego zastępcą na ziemi, nie dziw, że wytwarzające się stosunki podobne wzór ten formalny przejęły.

Read More

Oksytocyna i prostaglandyna cz. II

Prostaglandyna uchodzi za konia pociągowego późniejszego stadium porodu. Ona też wywołuje silne skurcze w mięśniach otaczających macicę. Syntetyczną prostaglandynę stosuje się także do przyspieszenia akcji porodowej.

Read More

Wiersz Ardelta

Symbol literacki zmienia znaczenie, a przynajmniej znaczenia tego odcień, ilekroć przechodzi od jednej grupy do grupy innej w obrębie tej samej kultury. Przykładów wymownych dostarcza współczesna literatura europejska, z jed nej strony mieszczańsko-inteligencka, z drugiej robotnicza, którą, specjalnie w Niemczech, przestudiował Falk. Poszukując w niej zresztą występowania momentu religijnego ukazał wyraźnie to, co zamierzeniem jego nie było i czego przeważnie nie formułuje, mianowicie że poezja robotnicza niemiecka czerpie pełną ręką z rekwizytorni symbolów literackich tradycyjnych, ale nadaje im znaczenie nowe i hierarchizuje je swoiście. A więc tęcza w wierszu Schón- herra Die heilige Briickesymbolizuje solidarność ludzi pracy. W całym szeregu utworów nabożeństwo, modlitwa, obrzęd kojarzą się z wyobrażeniem pracy przemysłowej, wykonywanej przez robotników. I tak w jednym z wierszy Ardelta czytamy o „kominach, skamieniałych módlcach, wyciągających ramiona ku niebu“ w błagalnym geście o łaskę dla tych: …die in Zer A en und Fabrihen in Werhslatten und Kontoren den Domen der heiligen Arbeit priesterlich darbringen das Opfer der Pjlicht I17!.

Read More

CZY I W JAKIM STOPNIU FRANCJA JEST DALSZYM CIĄGIEM GALII STAROŻYTNEJ

Zagadnienie to jest w nauce sporne i należy do tych, które pobudzają badaczy i nawet publicystów do podejmowania polemik, częstokroć namiętnych[1]. Nie dziw – poruszona przezeń jest ambicja wielkiego narodu, słusznie dumnego ze swej tradycji i świadomego swej oryginalności: poruszone są też ambicje i niechęci innych. Wchodzą tu również w grę pewne przyzwyczajenia myślowe badaczy wychowanych w podziwie dla wspaniałości kultury klasycznej czy dla wielkości dzieła dokonanego przez średniowiecze, w podziwie, wzrastającym w miarę postępu badań. Stąd sumaryczne osądy. A więc Mommsen, zapatrzony w wielkość Rzymu i skłonny do lekceważenia tych, co Rzymowi oprzeć się nie zdołali, dostrzega przede wszystkim objawy rozkładu występujące w społeczeństwie galijskim. Nie było ono już, zdaniem Mommsena, zdolne do dalszej twórczości kulturalnej i politycznej. Galia przed- cezarowa umarła i to, co Francja przejęła z przeszłości, nie jest spuścizną po niej, ale spadkiem rzymskim. Przeciwnie Camille Jullian[3]: protestuje on wymownie przeciwko pomawianiu swoich współziomków o rzymskość duchową. „Duch łaciński – powiada on dosłownie – nie przetworzył ani istoty, ani temperamentu ludzi galijskich. Rasowo pozostali, czym byli… Jakimi byli Galowie zawojowani przez Cezara, takimiż byli Galo-Romanie podbici przez Chlodwiga. Na myśli mam właściwości psychiczne, z którymi człowiek się rodzi, a nie formy, w które charakter przyobleka się dzięki wychowaniu“. Gdy historycy i publicyści francuscy okresu rewolucyjnego i początku wieku XIX – przekonani o pochodzeniu germańskim zwalczanego przez nich feuda- lizmu – powoływali się chętnie na kulturę antyczną jako ma tę, po której Francja objęła w spadku swój liberalizm, swój demokratyzm i skłonność do racjonalizmu – to sizereg uczonych niemieckich uważa właśnie najeźdźców germańskich za tych, którzy byli w Galii rzymskiej, rzekomo przegniłej do cna, zaczynem kolejnych odrodzeń. Stanowisko zaś Camille Julliana spotkało się ostatnio z bardzo cierpką odprawą ze strony krytyków włoskich, przez których przemawia zaledwie ukrywana uraza ludzi, uważających się za potomków dawnych Rzymian, do uczonego romańskiego, który romanizm wyklina.

Read More

Język łaciński językiem porozumiewawczym dla wszystkich

Język łaciński staje się z natury rzeczy wspólnym językiem porozumiewawczym dla wszystkich tych ludzi oraz dla tych obcokrajowców, którzy wśród nich zamieszkali – czy to jako wysłużeni żołnierze wojsk nadreńskich, czy też jako kupcy i przemysłowcy. Staje się tym łacniej, że Gal nie jest nieczuły na kulturę literacką oraz że nie chodzi tu tyle o język zaborczy, ile o język międzynarodowy, a także o język, którego opanowanie jest konieczne dla każdego, który marzy o osiągnięciu nie tylko zaszczytnej, ale i praktycznie ważnej godności obywatela rzymskiego, a tym bardziej rzymskiego rycerza czy senatora. Jeśli prawdą jest, że rodzime narzecza ludności Galii przetrwały do końca panowania w niej Rzymu, to prawdą jest również, że zeszły one bardzo prędko do roli gwar wioskowych i to tylko w najzapadlejszych kątach. Z Divi- tiakusem nawet musi Cezar porozumiewać się przez tłumaczów, mimo iż Divitiakus bawił był uprzednio w Rzymie. W pierwszym zaś już wieku po Chrystusie znajdujemy już Galów jako nauczycieli łacińskiej gramatyki i literatury, a nawet jako znakomitych mówców i obrońców sądowych w samym Rzymie. Stało się to zaś bez żadnego nacisku ze strony rzymskiej, bez udziału liczniejszego elementu napływowego z Italii. Galia porzuciła swoje języki rodzime bez przymusu, zastąpiła je dobrowolnie językiem, który przed używającymi go otwierał większe możliwości, który był sposobem zjednoczenia jej różnolitych składników we wspólności jednego życia duchowego, który czynił z niej uczestnika kultury powszechnej – a tym samym wznosił człowieka na wyższy stopień człowieczeństwa.

Read More

Kultura polinezyjska

I w tym właśnie, w rozszerzaniu elementów kulturowych, przyswojonych przez grupy polinezyjskie lokalne na cały ten obszar, uwydatnia się rola czynnika wymiany. W samej rzeczy, stosunki wzajemne między poszczególnymi grupami wysp i tym bardziej między wyspami jednej grupy były i są dotychczas bardzo ożywione. Stosunki wojenne, handlowe i migracyjne. Ci śmiali, śmielsi nawet od Melanezjan, można rzec, zuchwali żeglarze przedsiębiorą bez obawy dalekie podróże morskie, choć rozporządzają tylko łodziami z kory drzewnej lub z drążonych pni. Dziś jeszcze zdarza się, że głodująca wskutek długotrwałej suszy lub przerażona zarazą część ludności siada na łodzie i odpływa nie wiedząc, gdzie przybije i czy w ogóle ląd jaki napotka, byle ujść z dawnej ojczyzny. Ci, których morze nie pochłonie i którzy na nowej, zamieszkałej czy bezludnej wyspie osiadają, nie zrywają jednak nigdy zupełnie zwią zku z tą, z której przybyli. Zachowują o niej pamięć w tradycji historycznej. Jej urządzenia są wzorem dla nich na nowym miejscu. Co więcej, poszczególni potomkowie emigrantów powracają do niej często, czy to jako pielgrzymi, odwiedzający marae pierwotne rodu, czy też aby zrealizować prawa i przywileje przysługujące im zawsze w miejscu, skąd wyszli. Odwrotnie, jeśli pierwszym emigrantom powiedzie się, przybywają ich śladem następcy, tak że łączność kolonii z wyspą macierzystą nie zostaje zerwana, mimo nieraz bardzo znacznej odległości. Rzecz prosta, że nie ogranicza się ona do wymiany ludzi, ale również do wymiany dóbr, myśli i doświadczeń. Uzupełnia zaś ją wymiana między wyspami i grupami wysp, zaludnionymi przez osadników przybyłych z różnych okolic, podbój jednych wysp przez zdobywców przybyłych z wysp innych, asymilacja Polinezjan czy Melanezjan, którzy z jakichkolwiek powodów uszli ze swej ojczyzny. I tak grupa pierwotnie melanezyjska, wyspa Viti. Levu (grupa wysp Fidżi), została opanowana przez wodzów polinezyjskich z Tonga, przybyłych tam ze swymi wojownikami na wezwanie skłóconych z sobą plemion miejscowych. Jak to często bywa nie tylko w Polinezji, zaciężne drużyny poddały sobie tych, których miały wspierać, i tak dobrze zagospodarowały się, iż Yiti Levu została zasymilowana językowo i w ogóle kulturowo. Odwrotnie, wśród rodów feudalnych na Tonga znamy jeden taki, który niegdyś przybył z wysp Fidżi. Zasymilował się zupełnie, tak że gdyby nie tradycja rodowa i zachowany typ somatyczny melanezyjski, nikt nie odróżniłby jego członków od arystokracji miejscowej.

Read More

Naiwny sensualizm pomieszany z rytualizmem magicznego charakteru

W tych warunkach wydaje się zrozumiały naiwny sensualizm pomieszany z rytualizmem magicznego charakteru, którym przeniknięte są przejawiające się w środowisku chłopskim polskim porywy mistyczne – przejawiające się zresztą znacznie rzadziej i na ogól z dużo mniejszą intensywnością niż u ludu rosyjskiego łub u wielu ludów zachodnich. Próżno by szukać w dziejach chłopa polskiego odpowiednika zupełnego owych potężnych mistycznych ruchów, których widownią bywały późnośredniowieczne Włochy północne albo kraje nad- reńskie, albo Flandria. Nie było też i nie ma w Polsce podobnego plenienia się przeróżnych sekt mistycznych, jak to się działo w Rosji w ciągu ostatniego półtrzecia wieku. Gdy zaś sekty powstają albo gdy importowane spoza Polski przyjmują się, jak Kościół Narodowy – momenty socjalne i moralne występują na pierwszy plan przed zagadnieniami dogmatycznymi i przed wzruszeniem mistycznym. Jest na przykład rzeczą niewątpliwą, że zaznaczające się w obecnej chwili powodzenie Kościoła Narodowego w niektórych wiejskich okolicach Polski, jako to w szeregu parafii powiatu rawskiego, w Lubelskiem, 7 Dzieła tom I tu i owdzie w Kieleckiem, jest spowodowane wzrostem antyklerykalizmu, nie zaś antykatolicyzmu, ma za podłoże parcie do uniezależnienia się od hierarchii Kościoła Katolickiego rzymskiego, podejrzewanej o sprzyjanie klasom bogatym i uciskającym chłopa i pomawianej o chciwość i o zdzierstwo – podczas gdy ksiądz Kościoła Narodowego pozornie nie taksuje swych posług, zadowalając się dobrowolnym datkiem, a nawet li tylko słownym podziękowaniem. Przy tym takiego księdza łatwo się pozbyć i zastąpić go innym. Wiemy o parafiach Kościoła Narodowego, gdzie w ciągu kilku lat ostatnich wierni odprawili kilku proboszczów i przyjęli kolejno tyluż nowych na ich miejsce. Proboszcz zaś czy wikariusz rzymskokatolicki nie jest zależny od parafian, nie jest funkcjonariuszem, któremu gromada powierzyła spełnianie obrzędów religijnych pod swoim nadzorem i do odwołania.

Read More

Wątek Heraklesa cz. II

Z wielu rozmaitych oblicz i znaczeń różnych, które przybiera odpowiednik Gilgamesza-Samsona, Heraklesa-Herkulesa, w świeci© greckim i rzymskim, zwrócimy uwagę na niektóre, szczególnie charakterystyczne.

Read More

Honor dżentelmena dzisiejszego

We wszystkich tych wypadkach zmieniła się rola elementu kulturowego i jednocześnie jego waga, jego znaczenie w życiu zbiorowym. W szeregu wypadków obserwujemy nie tylko zaznaczoną zmianę „miejsca“ elementu kulturowego, ale także zmianę jego natury, słowem zmianę nie tylko ilościową, ale także jakościową. Dawny tron – wywyższone boskie i królewskie siedzisko ojca rodu, naczelnika plemienia, kapłana, wodza – stał się od dawna zwykłym fotelem. W miarę swego upowszechnienia stracił swoją treść symboliczną, przestał być środkiem wyodrębniającym i wywyższającym świętego zwierzchnika ponad pospólstwo siadające na ławach lub po prostu na ziemi, stał się zwykłym meblem, na którym siadać wolno każdemu, tyle że wygodniejszym od krzesła. W obyczaju pozostały zaledwie nikłe ślady dawnej godności tronu-fotela, w tym np., że w izbie, w której przebywa cala rodzina, stoi niekiedy tylko jeden fotel zarezerwowany dla najstarszego lub najgodniejszego – dziada, ojca, babki. Podobne zmiany jakościowe zachodzą również w elementach duchowych kultury.

Read More

KULTURA RELIGIJNA WIEJSKIEGO LUDU POLSKIEGO

Kultura religijna danej zbiorowości nie jest tym samym, co wyznawana przez nią religia. Zabierając się do scharakteryzowania ludowej kultury religijnej nie będziemy studiowali tych względnie zamkniętych w sobie systemów wierzeń i obrzędów, które nazywamy religiami i które, obejmując różne warstwy jednego ludu i różne ludy wspólną organizacją kościelną i uczestnictwem we wspólnych praktykach kultowych, spajają je w ponadklasowe i ponadnarodowe zrzeszenia wyznaniowe. Mowa tu będzie o tym, w jakim stopniu i w jaki sposób jedna warstwa społeczna przyswoiła sobie podawane jej przez Kościoły nauki, jak je do swego własnego sposobu życia materialnego i duchowego przystosowała, jakie przedstawienia kojarzy z występującymi w kulcie imionami i nazwami rzeczy, jakim jest charakter jej nabożności i jakie tej nabożności przejawy. Nie chodzi przy tym bynajmniej o rozróżnienie religii „czystej“ od „praktycznej“ ani tym bardziej o przeciwstawienie religii samej w sobie, rozumianej jako idealna islność metafizyczna, odbiciu jej w świecie zjawisk. Nie zamierzamy wchodzić na ścieżki Platona czy choćby nowoczesnych amerykańskich myślicieli za Emersonem, za Jamesem, za Jevonsem, za tylu innymi poszukiwaczami religii „prawdziwej“, religii „czystej“, uświadamianej „wewnętrznie“ i odmiennej od tego zbioru przyziemnych praktyk i wierzeń, który nazywa się potocznie „religią“, a co ci autorowie mają za nieudolną mieszaninę prawd z przesądami i przeżytkami magii pierwotnej. Chodzi jedynie o to, że z każdej religii pozytywnej, czy będzie nią którekolwiek z wyznań chrześcijańskich, czy islam, czy buddyzm – z każdej, powiadamy, wziętej w jej całokształcie, można wydobyć jej w danej chwili rozwoju obowiązujący wzór normujący praktykę poszczególnych ludów i warstw. Niemniej wzór ten dopuszcza odchylenia i niedociągnięcia, dopuszcza nawet przekształcenia, zależnie od stopnia i od charakteru kultury ogólnej, którą żyje każda poszczególna społeczność i każda społeczności tej warstwa. Parafrazując znany żart Woltera, można rzec, że wprawdzie każda grupa ludzka urabiana jest przez religię na obraz i podobieństwo ukazywanego przez nią wzoru, niemniej taż grupa odpłaca się przyjętej religii przekształcając ją na swój użytek według swego wzoru własnego.

Read More

Opór przeciwko wprowadzeniu w życie nowego narzędzia cz. II

W innych wypadkach niechęć do „nowinek“ technicznych jest jednak czymś więcej: jest formą, w której uświadamia się niejasne poczucie niebezpieczeństwa, grożącego dotychczasowej organizacji pracy — organizacji, która jest tożsama z organizacją grupy w jej funkcjonowaniu najważniejszym dla jej istnienia. W okolicach roku 1840 chłopi gospodarze w Bretanii francuskiej okazywali taką, na pozór zupełnie niezrozumiałą, niechęć do lekkiego żelaznego pługa. Trwali uporczywie przy swoich radiach o drewnianej, pionowo stojącej odkladnicy i o stożkowatym lemieszu, który dziurawił glebę nie odcinając warstwy zwierzchniej od spodniej. Było to narzędzie dziwnie nieporęczne, ciężkie, źle orzące, wymagające wielkiej ilości sprzężaju – do czterech par wołów. Mimo to proponowanych im lekkich pługów żelaznych chłopi używać nie chcieli, przypisując im najrozmaitsze urojone braki. Gdy zaś obszarnicy miejscowi stosować je zaczęli na bezpośrednio eksploatowanych ziemiach, przyglądali się tej pracy nieufnie, przepowiadając, że nic z niej dobrego nie wyjdzie. I gdy raz na ziemi jednego z tych obszarników parę płuigów połamało się o kamienie podglebia, radość i triumf zapanowały w całej parafii. Dopiero podwyższenie czynszów dzierżawnych, zmusiwszy chłopów do osiągania większej wydajności przy mniejszym sprzężaju, skłoniło ich w końcu do zastosowania pługów. I wówczas dopiero okazało się, że poprzednio okazywana niechęć miała swoje uzasadnienie głębsze. Okazało się naprzód, że pola były gorzej nawożone – rzecz zrozumiała wobec zmniejszenia liczby inwentarza żywego. Straty stąd wynikłe wyrównane izostaly później dzięki nawozom sztucznym, ale nie bez kosztu. Przede wszystkim jednak praca starym radiem była nic indywidualną, ale zbiorową pracą kilku ludzi – oracza gospodarza, kierującego całym zespołem, jego synów i parobków, prowadzących woły, wreszcie samych wołów i orackiego narzędzia. Gospodarz grał przy tej pracy rolę podobną do pracy sternika rybackiej łodzi: pracował wraz z innymi, jednocześnie kierując ich pracą. Był w czasie pracy władcą takim samym, jakim był w swoim patriarchalnym domostwie wiejskim wśród rodziny i domowników. Wielka zaś ilość pustaci pozwalała dość tanio utrzymać sprzężaj, który pasał się na nich. Wprowadzenie pługa pociągało wzięcie pod uprawę -znacznych ilości tych pustaci, w czasie zaś pracy z gospodarzem zrównała się jego czeladź: każdy parobek prowadzi obecnie pług osobny obok pługa gospodarza. Poza tym postęp techniczny rolnictwa w dziedzinie orania zwolnił wiele rąk roboczych z pracy w zagrodzie. Znalazły one wprawdzie zatrudnienie, ale już poza ojcowską zagrodą. I gdy przed blisko situ laty poważni chłopi gospodarze mawiali, że wszystkie te żelazne pługi prowadzą do demoralizacji młodzieży, wyrażali w tym zdaniu poczucie, że organizacja chłopskiej rodziny patriarchalnej, poddanej absolutnej władzy gospodarza, narażona zostaje na szwank. W rzeczy samej, synowie i parobcy zaczęli im się wymykać z rąk. Dziś w najodleglejszych nawet zakątkach Bretanii grupa domowników nie jest już tym samym, czym była przed wprowadzeniem pługa, który stał się -symbolem nadchodzących zmian w całym systemie technicznym w gospodarstwie rolnym.

Read More

Postępujący rozkład społeczności murzyńskich cz. II

Kupiec, ofiarujący tkaniny bawełniane w zamian za wytwory rolnictwa tubylczego, okazuje się bodaj że najsłabiej działającym spośród owych czynników rozkładu, mimo niewątpliwie częste i niewątpliwie z naszego punktu widzenia jaskrawe oszustwa, których się dopuszcza w stosunku do ludzi nie mających pojęcia o względnej wartości rynkowej wymienionych towarów, a skuszonych żywymi barwami perkali i ostrością noży stalowych. Tylko tam, gdzie rynki są większe i bliższe i gdzie w trochę większej ilości zaczyna obiegać pieniądz, zapoznanie się z potęgą tego ostatniego i chęć zdobycia jak największej jego ilości, by móc sprawić sobie pożądane materie i świecidełka – tam tylko obserwujemy dość szybki rozkład grupy, niegdyś spoistej i gospodarczo solidarnej, związany z wyróżnicowaniem się bogaczów z jednej strony, nędzarzy z drugiej. Naczelnicy wioskowi, którzy do niedawna jeszcze byli przede wszystkim czynnikiem regulującym wspólną gospodarkę całości i szafarzami zapasów wspólnych, przeobrażają się w indywidualistycznych potentatów i lichwiarzy wioskowych. Jednym ze skutków tego procesu jest postępujące rozluźnienie tradycyjnych więzów religijnych, moralnych, gospodarczych, łączących członków grupy w spoistą jedność, i wytwarzanie się coraz to liczniejszych murzyńskich nędzarzy, wyzutych, częściowo przynajmniej, z możności używania praw należnych współobywatelowi wsi. Mężczyźni nie mogą założyć rodziny, bez której Murzyn nie jest pełnym człowiekiem, nie mają bowiem dość bydła, by móc kupić żonę, tę niezbędną siłę roboczą w zagrodzie tubylczej. Skazani są na uwodzenie lub gwałcenie żon cudzych. Dziewczyny stają się łatwo wioskowymi prostytutkami. Jedni i drudzy przyciągani są przez miasta europejskie, przez porty, gdzie znaczna ich część rychło przepada zupełnie w znaczeniu dosłownym: umiera z chorób wenerycznych i wskutek nadużycia alkoholu.

Read More